San Francisco - miasto, które najbardziej nas zaskoczyło PART 1
Odkąd po raz pierwszy odwiedziliśmy Kalifornię w ubiegłym roku, wiedzieliśmy, że będziemy chcieli tutaj wrócić. Ten stan ma w sobie coś niesamowitego – ogromną różnorodność, charakterystyczny klimat i miejsca, które przez lata oglądaliśmy głównie w filmach i serialach. Kiedy więc zaczęliśmy planować kolejną podróż po Stanach Zjednoczonych, wybór jednego z przystanków mógł być tylko jeden – San Francisco.
Dla mnie było to miejsce szczególne jeszcze z jednego powodu. Od dziecka byłam ogromną fanką serialu Detektyw Monk i można powiedzieć, że praktycznie się na nim wychowałam. San Francisco, jego strome ulice, charakterystyczne kamienice i oczywiście Golden Gate Bridge przez lata stanowiły dla mnie tło historii oglądanych na ekranie. Tym razem w końcu mogłam zobaczyć je na własne oczy.
I choć w sierpniu spodziewaliśmy się zupełnie innej Kalifornii, San Francisco szybko zweryfikowało nasze wyobrażenia. Zamiast bezchmurnego nieba i prażącego kalifornijskiego słońca przywitał nas słynny Karl the Fog, który momentami potrafił niemal całkowicie ukryć Golden Gate Bridge. Szybko przekonaliśmy się jednak, że właśnie ta nieprzewidywalność jest częścią charakteru miasta.
San Francisco nie jest opowieścią o gorącym lecie, wypoczynku na plaży i palmach kołyszących się w słońcu. To miasto niezliczonych pagórków, kolorowych domów, kultowych tramwajów i tajemniczej zatoki, nad którą pogoda potrafi zmienić się w ciągu kilkunastu minut. Miasto pełne wyjątkowych ludzi i miejsc, które niekoniecznie zachwyca od pierwszej sekundy, ale z każdym kolejnym dniem coraz bardziej wciąga. I chyba właśnie dlatego tak bardzo skradło nasze serca.
Jak dojechać do San Francisco?
W przypadku San Francisco ten rozdział zdecydowanie powinien nazywać się „jak dolecieć”, bo możliwości dotarcia tutaj z Europy jest naprawdę sporo. Co więcej, od niedawna nawet LOT oferuje bezpośrednie połączenie z Warszawy do San Francisco, które w sezonie 2026 realizowane jest do 22 października. To zdecydowanie najwygodniejsza opcja z Polski – wsiadacie do samolotu w Warszawie, a wysiadacie już w Kalifornii, bez konieczności przesiadek po drodze.
My jednak tym razem wybraliśmy nieco inną trasę i do San Francisco polecieliśmy Lufthansą z Berlina, z przesiadką we Frankfurcie. Przed wylotem odwiedzaliśmy rodzinę w zachodniej części Polski i szybko okazało się, że w takim przypadku Berlin może być znacznie lepszą alternatywą niż lotnisko w Warszawie. Szczególnie że ceny lotów z Berlina były zdecydowanie niższe. Ostatecznie za bilety w dwie strony zapłaciliśmy około 2300 zł za osobę w klasie ekonomicznej. Nie była to może jakaś spektakularna okazja, ale jak na wakacyjny termin i lot do Kalifornii uznaliśmy tę cenę za całkiem rozsądną.
Cała podróż, razem z przesiadką we Frankfurcie, zajęła nam około 16 godzin. Mimo że brzmi to dość poważnie, w rzeczywistości podróż minęła nam naprawdę przyjemnie. Co ciekawe, również jet lag tym razem praktycznie nie dał nam się we znaki. Być może po kilku podróżach za ocean organizm zaczyna już wiedzieć, czego się spodziewać.
Po przylocie na San Francisco International Airport (SFO) czekała nas jeszcze kontrola graniczna, ale tutaj spotkało nas bardzo pozytywne zaskoczenie. Wszystko przebiegło niezwykle sprawnie i obyło się bez ogromnych kolejek, które pamiętaliśmy chociażby z lotniska w Los Angeles.
Jak dostać się z lotniska SFO do centrum San Francisco?
Lotnisko SFO znajduje się poza ścisłym centrum San Francisco, ale na szczęście jest z nim bardzo dobrze skomunikowane. Najpopularniejszą i jednocześnie jedną z najwygodniejszych opcji jest BART, czyli kolej łącząca lotnisko z miastem. Podróż do Powell Street Station, znajdującej się praktycznie w samym centrum San Francisco, zajmuje około 40 minut, a przejazd kosztował nas około 11,80 USD od osoby. To właśnie tę opcję wybraliśmy po przylocie.
Jeżeli jednak podróżujecie typowo backpackersko i bardziej niż czas oraz wygodę cenicie sobie jak najniższy koszt przejazdu, istnieje znacznie tańsza alternatywa. To autobus SamTrans linii 292, którym również można dostać się pomiędzy San Francisco a lotniskiem SFO. Podróż trwa mniej więcej godzinę, natomiast bilet kosztuje zaledwie około 2,05 USD od osoby. Różnica w cenie względem BART-u jest więc naprawdę spora!
Jeśli chodzi o płatności za komunikację, najwygodniejszym rozwiązaniem okazały się dla nas po prostu płatności zbliżeniowe kartą lub telefonem. W Bay Area funkcjonuje również system Clipper, a wirtualną kartę można dodać do portfela w telefonie. W naszym przypadku Clipper okazał się jednak mało praktyczny, ponieważ ze względu na ograniczenia regionalne nie mogliśmy pobrać aplikacji. Ostatecznie nie było to żadnym problemem. Zwykłe płacenie przez Apple Pay w zupełności nam wystarczyło zarówno podczas korzystania z BART-u, jak i autobusów SamTrans.
Jak poruszać się po San Francisco?
Choć w wielu amerykańskich miastach samochód jest niemal niezbędny, w San Francisco zdecydowaliśmy się całkowicie z niego zrezygnować i postawić na komunikację miejską. Z perspektywy całego pobytu możemy powiedzieć, że był to zdecydowanie dobry wybór. Nie musieliśmy martwić się parkingami, korkami ani poruszaniem się samochodem po słynnych stromych ulicach miasta, a praktycznie wszędzie, gdzie chcieliśmy dotrzeć, bez większego problemu dojeżdżaliśmy transportem publicznym.
System komunikacji miejskiej w San Francisco jest całkiem dobrze rozwinięty i obejmuje autobusy, tramwaje oraz słynne kolejki linowe – cable cars. Głównym operatorem jest Muni, a poszczególne linie kursują na tyle często, że podczas zwiedzania miasta nie musieliśmy specjalnie układać dnia pod rozkład jazdy.
My najczęściej korzystaliśmy z całodniowych biletów Muni za 5,70 USD, które pozwalały nam na nieograniczoną liczbę przejazdów przez cały dzień. Dla porównania pojedynczy przejazd kosztował 2,85 USD, a bilet umożliwiał dowolne przesiadki przez 120 minut od jego aktywacji. Rachunek jest więc prosty – jeżeli w ciągu dnia planujecie korzystać z komunikacji miejskiej więcej niż dwa razy, opcja całodniowa szybko zaczyna się opłacać.
Do kupowania biletów korzystaliśmy z aplikacji MuniMobile. Jej działanie jest bardzo proste – kupujecie bilet w aplikacji, aktywujecie go przed rozpoczęciem podróży, a w przypadku kontroli pokazujecie aktywny bilet na ekranie telefonu. Dużym plusem jest możliwość przechowywania kilku biletów na jednym urządzeniu, dzięki czemu kilka podróżujących razem osób może korzystać z jednej aplikacji. Trzeba jednak pamiętać o dostępie do internetu, szczególnie podczas zakupu i obsługi biletów.
Drugą możliwością jest wspomniany już wcześniej Clipper, czyli system płatności wykorzystywany w komunikacji w całym Bay Area. My ostatecznie z niego nie korzystaliśmy, ponieważ ze względu na ograniczenia regionalne nie mogliśmy pobrać aplikacji na nasze telefony.
Podsumowując – komunikacja miejska w San Francisco zdecydowanie zdała u nas egzamin. Samochodu ani przez chwilę nam nie brakowało, a przy okazji mogliśmy uniknąć kosztów parkingów i stresu związanego z jazdą po centrum. Warto tylko pamiętać, że podstawowy całodniowy bilet Muni nie obejmuje przejazdów kultowymi cable cars. Te mają swoją własną taryfę i za pojedynczy przejazd trzeba zapłacić 9 usd. O nich jednak zdecydowanie warto powiedzieć więcej, bo przejażdżka kolejką linową to już nie tylko sposób przemieszczania się po mieście, ale jedna z atrakcji San Francisco sama w sobie.
Gdzie spać w San Francisco?
Wybierając nocleg w San Francisco, zdecydowanie warto zwrócić uwagę na lokalizację. Miasto jest rozległe, pełne wzniesień, a po całym dniu zwiedzania ostatnią rzeczą, na jaką będziecie mieli ochotę, jest kolejny długi spacer pod górę. My podczas naszego pobytu zatrzymaliśmy się w InterContinental San Francisco i była to świetna baza do odkrywania miasta.
Hotel znajduje się w samym centrum, niedaleko Powell Street Station, dzięki czemu bardzo łatwo dostaniecie się tutaj bezpośrednio z lotniska SFO, korzystając z BART-u. Lokalizacja sprawdzi się zarówno podczas podróży biznesowej, jak i typowo turystycznego pobytu – komunikacją miejską bez problemu dotrzecie stąd do najważniejszych części San Francisco.
My mieliśmy pokój na jednym z najwyższych pięter i zdecydowanie jednym z jego największych atutów był niesamowity widok na miasto i zatokę. Mogliśmy dosłownie obserwować, jak w ciągu kilku minut nad San Francisco pojawiały się ogromne chmury i mgła, aby chwilę później ponownie odsłonić miasto. Przy tutejszej nieprzewidywalnej pogodzie sam widok z okna momentami stawał się małym spektaklem.
Sam pokój był bardzo czysty, przestronny i świetnie wyposażony, ale podczas pobytu korzystaliśmy również z dostępu do Club InterContinental. Jest to dodatkowo płatna opcja, którą przy cenach jedzenia w San Francisco naprawdę warto przeliczyć. W ramach dostępu do Clubu otrzymujemy śniadania, przekąski serwowane w ciągu dnia oraz wieczorny posiłek wraz z wybranymi alkoholami. Do tego przez cały dzień dostępne są napoje, kawa i herbata. W praktyce oznacza to, że przez sporą część pobytu właściwie nie musicie martwić się o dodatkowe posiłki. W zależności od ceny pakietu i liczby osób może się więc okazać, że wykupienie dostępu będzie po prostu bardziej opłacalne niż regularne jedzenie na mieście.
Na terenie hotelu znajduje się również kryty basen i siłownia, a na parterze przygotowano ogromną, bardzo przyjemną przestrzeń, która świetnie sprawdza się również do pracy. Znajdziecie tutaj także hotelowe bistro z barem, w którym można zjeść śniadanie czy kolację, jeśli nie korzystacie z Club InterContinental.
Bardzo spodobała nam się również sama estetyka hotelu. W jego wnętrzach znajdziemy subtelne nawiązania do elementów charakterystycznych dla San Francisco, dzięki czemu mimo nowoczesnego, biznesowego charakteru hotel nie jest zupełnie anonimowy. Dodając do tego piękne widoki z wyższych pięter, bardzo dobry standard i przede wszystkim świetną lokalizację, otrzymujemy naprawdę kompletną bazę na pobyt w mieście.
Jeżeli więc szukacie sprawdzonego hotelu w San Francisco, który pozwoli Wam wygodnie zwiedzać miasto bez wynajmowania samochodu, InterContinental San Francisco zdecydowanie warto wziąć pod uwagę.
Dlaczego pokochaliśmy San Francisco?
Ze względu na długość tego wpisu postanowiłam podzielić naszą opowieść o San Francisco na dwie części. Dzisiaj skupiliśmy się przede wszystkim na kwestiach praktycznych – jak dolecieć do miasta, jak poruszać się po nim na miejscu i gdzie warto się zatrzymać. W drugiej części pokażę Wam natomiast, co robiliśmy w San Francisco, co warto zobaczyć i z jakich atrakcji koniecznie skorzystać. Oczywiście pojawi się również osobny food guide, bo kulinarna strona tego miasta zdecydowanie zasługuje na własną historię.
Zanim jednak zakończymy tę pierwszą część, chciałabym powiedzieć Wam trochę więcej o tym, dlaczego San Francisco ostatecznie nie tylko spełniło, ale wręcz przerosło nasze oczekiwania. Szczególnie że nasze pierwsze godziny w mieście kompletnie tego nie zapowiadały.
Kiedy przyjechaliśmy do San Francisco, przywitały nas szarość, zimno i gęsta, mglista aura. Przyznam szczerze – trochę mnie to przytłoczyło. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie sierpień w Kalifornii i było mi zwyczajnie smutno, że miasto, na które tak długo czekałam, wyglądało zupełnie inaczej niż w mojej głowie. Nasze pierwsze „spotkanie” z Golden Gate Bridge również trudno nazwać prawdziwym spotkaniem. Most ledwo wyłaniał się zza mgły, a wiatr był tak silny, że dosłownie zrywał czapki z głów ludzi stojących dookoła. W tamtym momencie miałam ochotę po prostu zawrócić.
Ale z każdym kolejnym dniem zaczęło wychodzić słońce. I to zarówno to prawdziwe, na kalifornijskim niebie, jak i to drugie – związane z odkrywaniem i poznawaniem tego miasta.
San Francisco zaczęło pokazywać nam zupełnie inną twarz. Spotykaliśmy mnóstwo otwartych, uprzejmych i ciekawych ludzi, którzy zupełnie spontanicznie zagadywali nas na ulicach. Zachwyciła nas ogromna mieszanka kultur i społeczności, dzięki której właściwie każda dzielnica wydawała się opowiadać inną historię. Każda wizyta w restauracji oznaczała nowe smaki, ale też nowych ludzi i kolejne historie, które zabieraliśmy ze sobą dalej. A wszystko to rozgrywało się pośród tych niesamowicie stromych ulic, charakterystycznych kamienic, tramwajów i zatoki, nad którą pogoda potrafiła zmienić się kilka razy w ciągu jednego dnia.
I chyba właśnie dlatego San Francisco trzeba po prostu dać trochę czasu. To niekoniecznie miasto, które rozkocha Was w sobie od pierwszego spojrzenia. Być może najpierw pokaże Wam mgłę, zimno i Golden Gate, którego właściwie nie będzie widać. Ale później, kawałek po kawałku, zacznie odsłaniać swój charakter.
Aż któregoś dnia zorientujecie się, że nie chcecie jeszcze wyjeżdżać.
I jestem prawie pewna, że kiedy już wyjedziecie, będziecie za nim tęsknić.
0 Comments